”- czyli jak naukowo zbadać zaraźliwość ?.


Zaraźliwość jest w obecnie w tzw. „epidemiologii” opisywana matematycznie w oparciu o zasadę „reakcji łańcuchowej” będącej zasadą działania bomby atomowej.

Nie wdając się w szczegóły tzw. „oficjalna nauka” twierdzi, że jeśli każdy tzw. „chory-zarażający” podczas trwania swojej choroby „zarazi” średnio więcej niż jedną osobę, to epidemia się rozwija i chorych przybywa, a jak mniej to epidemia wygasa.

Czy można więc naukowo sprawdzić, jak „zaraźliwa” jest dana choroba.
Wydaje się, że nic prostszego. Znajduje się np. kilku chorych na tzw. „chorobę uważaną przez naukę za zakaźną” jak np. katar, zamyka się je w pomieszczeniach z osobami zdrowymi dopóki katar im nie przejdzie i sprawdza się, ile osób zaraziły.

Można również zastosować też drugą metodę, a mianowicie pobierać wydzielinę z nosa i gardła osoby zakatarzonej i wstrzykiwać ją do nosa i gardła, wcierać w skórę osób zdrowych i sprawdzać, ile osób się „zaraziło”.
Można oczywiście obie metody łączyć.

Wymienione metody są uniwersalne i możne ją stosować w przypadku wszystkich chorób, uważanych przez oficjalną naukę za zakaźne, jak np. ospa, odra, półpasiec, grypa itd.

I właśnie te dwie metody badawcze zastosowali naukowcy w 1918 w USA podczas trwania epidemii tzw. „grypy Hiszpanki” uważanej za najstraszniejszą epidemię w historii ludzkości, w wyniku której zmarło na świecie, według szacunków ok. 50 milionów osób.

Przebieg badania naukowego był następujący :
W listopadzie 1918 r. w Bostonie podjęto próbę symulacji infekcji z udziałem ochotników. Było to 62 zdrowych marynarzy, oskarżonych o przestępczość i wysłanych do więzienia. Obiecano im ułaskawienie pod warunkiem, że wezmą udział w eksperymencie. 39 z nich nie miało grypy, więc teoria była taka, że będą szczególnie podatni na infekcje i choroby.
Lekarze marynarki wojennej zbierali śluz od mężczyzn, którzy byli rozpaczliwie chorzy na grypę, zbierając gęste, lepkie wydzieliny z ich nosów i gardeł. Rozpylali śluz od pacjentów z grypą do nosów i gardeł niektórych mężczyzn i wrzucali go do oczu innych mężczyzn. Podczas próby, wymazali śluz z tylnej części nosa mężczyzny chorego na grypę, a następnie bezpośrednio wymazali przegrodę nosową jednego pacjenta i wtarli ją bezpośrednio w przegrodę nosową jednego z ochotników.
Próbując symulować, co dzieje się naturalnie, gdy ludzie są narażeni na ofiary grypy, lekarze zabrali dziesięciu ochotników na oddział szpitalny, gdzie mężczyźni umierali na tę chorobę. Chorzy leżeli skuleni na wąskich łóżkach, płonąc gorączką. Dziesięciu zdrowych ludzi otrzymało instrukcje: każdy miał podejść do łóżka chorego i zbliżyć się do niego, pochylić się nad jego twarzą, wdychać jego cuchnący oddech i rozmawiać z nim przez pięć minut Aby mieć pewność, że zdrowy człowiek był w pełni narażony na chorobę chorego, chory miał wykonać głęboki wydech, podczas gdy zdrowy wciągał oddech chorego
bezpośrednio do własnych płuc. Każdy zdrowy ochotnik powtórzył te czynności z dziesięcioma różnymi pacjentami z grypą. Każdy pacjent z grypą był poważnie chory nie dłużej niż trzy dni – w okresie, kiedy wirus lub cokolwiek to było, co powodowało grypę, powinno nadal znajdować się w jego
śluzie, w nosie, w płucach.
Wynik badania : nie zachorował ani jeden ochotnik.

Porównywalny eksperyment, przeprowadzony w znacznie ostrzejszych warunkach w San Francisco z 50 uwięzionymi marynarzami dał podobny wynik. Naukowcy byli oszołomieni. Jeśli ci zdrowi ochotnicy nie zarazili się grypą pomimo starań lekarzy, by zachorować, to co było przyczyną tej choroby? Jak dokładnie ludzie zachorowali na grypę?

A teraz tzw. „pandemia Covid-19”.
Podczas tej tzw. „pandemii” nie przeprowadzono na świecie ani jednego porównywalnego z tym z 1918 roku eksperymentu.
Co więcej, nie przeprowadzono także żadnego eksperymentu, weryfikującego wiarygodność i rzetelność wyników tzw. testów RT qPCR, rzekomo wykrywajacych wirusa SARS Cov-2, powdujacego Covid-19.

A wystarczyło zrobić następujący, naprawdę prosty eksperyment :
Wykonać „na ślepo” podczas tzw. „pandemii” na liczbie np. 1000 Polaków u których pojawiły się objawy tzw. „kowida” testy RT qPCR.
Litera „q” w nazwie tych testów znaczy „quantitative”, czyli „ilościowy”.
Oznacza to, że test PCR potrafi określić tzw. „ładunek wirusa”, czyli ilość patogenu w organizmie chorego. A między ilością patogenu w organiźmie a przebiegiem choroby zachodzi relacja : im więcej patogenu, tym stan chorego bardziej ciężki.
Z tego już wynika prosty wniosek, że dzięki testowi PCR powinno być możliwe określenie stanu „ciężkości” Covid-19 u chorego. A stąd już jeden krok do zbadania w wyżej opisanym eksperymencie „na ślepo” wiarygodności i rzetelności wyników testów PCR. Anonimowi chorzy z dużymi „ładunkami wirusa” powinni być średnio w dużo cięższych stanach niż anonimowi chorzy z „ładunkiem wirusa” niższym.